sobota, 5 grudnia 2015
You're My Queen: Rozdział 5 "Dezorientacja"
Niedziela, Liceum Karasuno
- Hej, słuchaj... Mam sprawę. - Zaczęłam mówić.
- O co chodzi? - Zapytała. Była to średniego wzrostu i budowy brunetka o czarnych oczach i długich włosach związanych w warkocz. Nosiła okulary. Dosyć zwyczajna.
- Jesteś kapitanem naszej drużyny siatkarskiej, prawda? Bardzo zależy mi na dołączeniu, wiem, że to już drugi semestr i przepraszam...
Dziewczyna zrobiła zirytowaną minę i przewróciła oczami.
- Słuchaj, jak na razie przygotowujemy się do eliminacji do turnieju wiosennego i nie mamy czasu uczyć cię podstaw, sorry, nie ma opcji. - Wyjaśniła szybko i weszła do szkoły. "Skoro tak to zobaczymy, co powie twój trener." Ruszyłam po cichu za nią. Oczywiście, jak to ja, musiałam ją zgubić. Więc postanowiłam udać się do gabinetu ich trenera. Musi być w szkole, skoro mają trening. Lekko zapukałam i weszłam. I oto on nadal taki siwy, haha.
- Dzień dobry.
- Witam, witam. - Podniósł głowę spod papierów i lekko się zdziwił. - Kurumizawa?
- Tak jest! Przyszłam tutaj do pana z prośbą o dołączenie do klubu... Czy to możliwe?
- Dziecko, ty jeszcze pytasz?! Byłaś w finałach światowych! Tak przy okazji, bardzo mi przykro z powodu tego, co się wydarzyło przed finałem.
- Dziękuję, już wszystko w porządku, na szczęście. Dlatego chcę wrócić do trenowania. Nie potrafię funkcjonować bez siatkówki. Proszę mnie przyjąć. - Poprosiłam i ukłoniłam się.
- Ależ oczywiście, masz moją zgodę. Musisz jeszcze skonfrontować się z naszym Kapitanem, Hanami Kou.
- Rozmawiałam z nią dziesięć minut temu. Nie skakała z radości, odmówiła.
- Będzie musiała jakoś to przeżyć. To jest jej obowiązek jako kapitana. - Dodał.
- W takim razie bardzo panu dziękuję. - Chciałam wyjść, lecz jego głos mnie zatrzymał.
- Poczekaj, jeszcze papierek. - Wstał i wręczył mi jakiś świstek. - Pokaż jej, żeby ci nie wmawiała głupot.
- Jasne, dziękuję. - Wyszłam z jego biura i pobiegłam na halę.
- Czego tu chcesz? Nie możesz tu być, mamy tutaj trening niedługo. - Spojrzała na mnie z byka a ja przewróciłam oczami.
- Przyszłam pokazać ci pewien świstek papieru, który uprawnia mnie do przebywania tutaj, ile tylko zapragnę. - Dałam jej do rąk zgodę przystąpienia. Trochę się zdziwiła, nie powiem.
- ŻE CO?! Ty szmato... - Chcąc nie chcąc musiałam to zrobić. Spoliczkowałam ją.
- Słuchaj, nie wiem, co do mnie masz, ale lepiej zamknij mordę i wycieraj te podłogi, żeby twoje zawodniczki nie powybijały sobie wraz z tobą zębów, bo nie będzie kto miał ich zastąpić. Elo.
Wyszłam szybko nie chcąc oglądać jej gęby. Skierowałam się na przystanek. Muszę jechać do mamy zabrać ostatnie rzeczy. Czekając na autobus wzięłam do ręki telefon, zaczęłam przeglądać swoje stare zdjęcia z drużyną. Zrobiło mi się trochę smutno, bo dawno nie kontaktowałam się z nimi, no ale każdy ma swoje życie.
Dom Shimizu
- Wróciłam! - Krzyknęłam, gdy przekroczyłam tylko próg. Ściągnęłam buty i płaszcz, a następnie pobiegłam do salonu. Cisza. Więc pozostaje kuchnia. Zastałam tam mamę. Mama jest wysoką brunetką o krótkich do ramion włosach i ciemnych oczach.
- Hej mamo. - Odezwałam się.
- Witaj, córciu. - Przytuliła mnie.
- Przyjechałam po swoje resztki. - Zażartowałam. - To... ubrania są w moim pokoju, tak?
- Mhm, Natsumii, czy ty coś jesz w ogóle? - Zapytała.
- Oczywiście, że tak! - Zarumieniłam się lekko. - Po prostu wracam do treningów.
- Dbaj o siebie, proszę.
- Spokojnie, mamuś. To idę do pokoju. A tak w ogóle to gdzie Ki?
- Poszła do koleżanki uczyć się do testu.
- Cała ona, hehe.
Ruszyłam do swojego byłego pokoju. Otworzyłam drzwi i ujrzałam granatowo szare ściany i białe meble. Ah, wracają wspomnienia. No, ale nieważne. Zabieram, co moje i spadam. Wysunęłam szufladki mojej komody i wyciągnęłam kolejno kilka koszulek, mój sweter w bałwanki i jakiś strój sportowy. Wszystko ułożyłam i poskładałam na łóżku, a następnie ruszyłam do łazienki po swoje kosmetyki z Francji. Było tam kilka szminek w ciemnych kolorach i dwa żele pod prysznic o zapachu waniliowym. Kocham pachnieć jak jedzenie. Została jeszcze jedna rzecz, którą chcę zabrać. Wróciłam do mamy.
- Mamo, a gdzie moja sukienka?
- Jaka?
- No ta od organizatorów?
- Nie wiem, powinna być w szafie... - Odwróciła wzrok.
- Na pewno jej tam nie ma. Gdzie jest?
- Eh... Twój ojciec ma dzisiaj bankiet i jego asystentka przyszła w białej sukience, która mu się nie spodobała, więc dał jej twoją rekompensatę i powiedział, że to on ją kupił.
- Że co?! Chyba sobie ze mnie jaja robi! Zabiję go! - Wrzasnęłam i wybiegłam z kuchni. - Mamo, spakuj moje rzeczy wrócę po nie jutro!
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz