sobota, 5 grudnia 2015
You're My Queen: Rozdział 6 "Konsekwencje bycia N"
Wyszłam szybko z domu i ruszyłam do swojego. Muszę się przygotować na zniszczenie tego bankietu. Ojciec chyba jeszcze nie wie, z kim mieszkał. Po 30 minutach jazdy w końcu dotarłam. Weszłam do budynku i pojechałam windą na przedostatnie piętro do swojego penthousu. Ubrałam czarną sukienkę za kolana z rozkloszowanym dołem bez rękawów i czarne botki. Włosy spięłam w wysoki kucyk a na usta nałożyłam ciemną szminkę. Chwyciłam swoją torebkę i spakowałam tam telefon, portfel, klucze, jakieś perfumy, gumy i, oczywiście, dowód osobisty by mnie wpuścili, widząc, że jestem niestety córką prezesa.
Tylko do centrum trochę mi daleko, w autobusie będzie pełno ludzi, może Tobio mnie zawiezie? Chwyciłam telefon i wybrałam do niego numer.
- Natsu? Po co dzwonisz? - Zapytał. Usłyszałam dźwięki w tle, chyba nie jest w domu.
- No... Mam prośbę, zawieziesz mnie do hotelu Zeus w centrum miasta?
- Hę? Po co tam leziesz?
- Mam bankiet. - Uśmiechnęłam się szatańsko.
- Em, okeeeeej. Zaraz będę pod twoim domem.
- Jej! Dzięki.
Rozłączyłam się, założyłam płaszcz i wyszłam. Nawet jeśli jest marzec to o 17 jest już ciemno, damn.
Zjechałam windą na dół i zobaczyłam, że już czeka. On mnie stalkuje, że akurat był pod moim domem, czy co?
- Hej. - Wsiadłam do samochodu i przywitałam się. Spojrzał na mnie. I tak chwilę patrzył trochę.
- Po co tam idziesz? - Zapytał.
- To naprawdę długa historia, a mamy mało czasu. Kiedy indziej ci opowiem.
- Nie, masz mi powiedzieć teraz, albo nigdzie cię nie zawiozę. - Zarządził. Wiedziałam, że to zrobi.
- No, więc... Zacznijmy od początku. Jestem adoptowana. - Trochę się zdziwił, ale nic nie mówił. - Moi biologiczni rodzice... Cóż, nie znam ich więc wiele ci nie powiem. No, ale idąc dalej... Rodzicie Kiyoko mnie adoptowali. Głównie to jej matka i ona chciała tego. Ojciec Kiyoko jest bardzo surowy i despotyczny. Stosowanie przemocy wobec rodziny to dla niego norma... - Przerwałam na chwilę. - No, więc, gdy miałam 10 lat wprowadziłam się do nich. Na początku przez pięć lat było okej, ale później było tylko gorzej. Ojciec, nie, ojczym zaczął bić mnie i Kiyoko. Krzyczał przy każdej okazji, jego ręka zawsze latała. Mama chciała nas obronić wiele razy, lecz nie wiele to dawało. Ojczym był zły na Kiyoko, że chciała żebym została jej siostrą. Kontynuując nie chciałam często być w domu, więc w gimnazjum zapisałam się na siatkówkę. I tak dalej poszło, że byłam najlepsza, jeździłam na zawody krajowe, później światowe... Za wszystkie wygranie otrzymywałam masakryczne sumy. Ja i moja drużyna, ale wiadomo, że to na kapitanie ciążą wszystkie obowiązki, i że to on zarabia najwięcej. Tak więc gdy uzbierałam na mieszkanie natychmiast się wyprowadziłam. Zrobiłam to dopiero dwa tygodnie temu, bo nie umiałam się rozstać z mamą i Ki.
- No a na co ci ten bankiet?
- Mój ojczym jest prezesem hoteli Zeus, wiesz, ma swoją kobitkę do chodzenia na jakieś bankiety i imprezy. Dzisiaj nie spodobała mu się jej kreacja, więc dał jej moją sukienkę.
- I... tyle?
- Ty nie rozumiesz. Tę sukienkę otrzymałam w rekompensacie za stracony finał. Była moją jedyną pamiątką z Włoch. Mój ostatni turniej w tej drużynie... To najcenniejsza nagroda jaką otrzymałam kiedykolwiek, serio. A ten gnój dał ją jakiejś dziwce. - Zirytowałam się i skuliłam dłonie w pięści.
- Spokojnie, zaraz ją odzyskamy... - Zaczął jechać w stronę centrum. - Dlaczego dopiero teraz mi mówisz coś tak ważnego? Nic o tobie nie wiem, N.
- Chciałbyś na prawo i lewo słyszeć, że jesteś adoptowany? Bo ja nie. Dlatego nikomu nie mówię jak jest. To nie ich sprawa.
Centrum Tokio, Zeus
Po zaparkowaniu gdzieś z boku, wyszliśmy z samochodu. Oto i on. Wielki hotel Zeus. No to czas robić zadymę. Chciałam iść, lecz Tobio złapał mnie za rękę.
- Jesteś pewna?
- Jestem.
- Będę tu czekał. Wróć niedługo, jasne?
- Jak słońce.
W środku
- Stop, stop, stop. Kim pani jest? Jest pani na liście? - Wysoki mężczyzna lekko mnie odepchnął od wejścia.
- Jestem córką Shimizu. - Odpowiedziałam dumnie, no, musisz mnie wpuścić, durniu.
- Czy to prawda? - Zapytał jakiegoś kolesia siedzącego w recepcji.
- Tak jest, najprawdziwsza Natsumii. - Rzekł. Był to jakiś młody typ może o dwa lata starszy. Dziwnie się gapił. Kolejny zbol w jego firmie? Jakoś mnie to nie dziwi.
- Przepraszam panienkę. - Przepuścił mnie. Ruszyłam w stronę recepcji.
- Na którym piętrze jest mój ojciec?
- Może wiem, a może nie wiem. - Gadał se. Jaki wkurzający typ.
- Słuchaj no, gadaj mi tutaj, albo urwę ci jaja. - Zagroziłam. Tylko westchnął
- 40. piętro. - Dał mi kartę do windy.
- Dziękuję. - Uśmiechnęłam się dumnie.
Ruszyłam do windy. Przyłożyłam kartę i musiałam chwilę odczekać. Następnie wjechałam na, wspomniane przez tego zjeba, piętro. Weszłam do sali. Wzrokiem szukałam ojczyma, znalazłam go po parunastu minutach stojącego przy stole i pijącego drinka. Był z nią. W mojej pięknej sukience. Wyglądała ona tak. Niby nic nadzwyczajnego, ale kosztowała duuuuuuuuuuuuuużo. Poza tym jest od organizatorów.
Podeszłam do nich i zaczęłam rozmowę.
- Dobry wieczór mogłabym z panią chwilę pomówić? - Odezwałam się. Kobieta spojrzała na mnie i przytaknęła. Mój ojczym gadał z jakimś typem, nawet nie zauważył, że przyszłam.
- O co chodzi?
- Może to dziwnie zabrzmi, ale ma pani na sobie moją sukienkę, która jest dla mnie bardzo ważna i prosiłabym o jej zwrot. - Wyjaśniłam. Kobieta spojrzała na sukienkę i chyba zrobiło jej się głupio.
- Em, jak to? Kim jesteś tak w ogóle?
- Jestem córką prezesa, ta sukienka należy do mnie.
- W takim razie bardzo przepraszam, ale twój ojciec powiedział, że kupił ją dla mnie... Zaraz się przebiorę i zwrócę ci ją. - Chyba jednak nie jest dziwką, a bardzo miłą panią.
- Bardzo byłabym wdzię-
Nie dokończyłam, ponieważ mój ojczym podbiegł do mnie i uderzył pięścią w twarz. Gdy upadłam na ziemię kopnął mnie w kostkę i chyba ją skręcił. Natychmiast podbiegło do nas miliard ludzi.
- CO PAN WYRABIA, PREZESIE?! - Zapytał oszołomiony jeden z gości.
Jęknęłam z bólu i próbowałam wstać, niestety nie udało się przez kostkę. Jedna z kobiet pomogła mi wstać, a mężczyźni zajęli się moim ojczymem.
- Wszystko w porządku?! O co mu chodzi?! - Pytała ta w mojej sukience.
- Heh, chyba nie powinnam tu przychodzić... O matko, moja głowa... - Osunęłam się jej na ramię.
- Ochrona! - Krzyknęła, po chwili znalazło się tutaj kilku ochroniarzy. Wyjaśniła, co się stało i jeden z nich wziął mnie na ręce i zjechaliśmy na dół.
Na dole
- Coś długo jej nie ma... - Mruknął do siebie spoglądając gorączkowo na zegarek. Trochę się martwił. Kilka chwil potem. Zauważył zamieszanie przy wejściu, kogoś wynosili. Zaczął biec w tamtą stronę. Ujrzał ją niesioną przez ochroniarza z podbitym okiem i zaczerwienioną kostką. Był w szoku. Włożyli ją na noszach do karetki i zawieźli do szpitala. Postanowił zadzwonić do jej matki i pojechać z nią do szpitala.
- Halo? Kto mówi? - Odezwała się.
- Kageyama z tej strony, pani córka właśnie jest w drodze do szpitala, stwierdziłem, że może chce pani ze mną do niej jechać?
- Jak to szpital?! Co tam się do diaska stało!?
- Sam nie wiem, podjadę po panią, proszę podać adres.
(...)
W szpitalu
Obudziłam się z ogromnym bólem głowy. Kostka aż tak nie bolała. Rozejrzałam się dookoła. Hm, to najpewniej prywatny szpital. Ciemny pokój, w przeciwieństwie do miejskiego. Spróbowałam się podnieść. Nie udało się.
- Auaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa!
Nagle poczułam czyiś dotyk na czole. Mam zwidy, halucynacje or wha? Schizofrenia to nie jest, o ile nie za późno z leczeniem to... Co ja też gadam.
- Gorączki nie masz, niczym cię nie truli, więc po prostu ci odbiło.
- Ty duuuuuuurniuuuuuuuuuuuuu! - Próbowałam go uderzyć, ale bez trudu zatrzymał moją wiotką pięść.
- Uspokój się, ludzie tutaj śpią.
- Jak to? Która godzina?
- 19.
Znowu próba okaleczenia go nie powiodła się i tym razem dostałam rykoszetem. Opadłam na pościel i spojrzałam na niego dumna.
- Ale mam sukienkę.
- Jesteś głupia.
- Może. Kiedy wychodzę?
- Najprawdopodobniej jutro. Twoja mama tu była. Zostawiła tu jakieś twoje rzeczy i mówiła mi 10 minut o kosmetykach z Francji.
- Hahaha, nie dziwi mnie to. - Westchnęłam. - Nie idziesz do domu?
- Idę. Chciałem ci tylko wyjaśnić, że następnym razem cię nigdzie nie zawiozę.
- Ej no!
- A jak zachce ci się ryzyka to weź mnie przynajmniej ze sobą.
Spojrzałam na niego uważnie. Martwił się! Oooo, to takie słodkie! Aż prawie się zhaftowałam. Uśmiechnęłam się słodko do niego. Wyszedł. Podziałało. Westchnęłam głęboko i stwierdziłam, że mam dość wrażeń, więc uderzam w kimono.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz